Rok 2011 - nr 4

« powrót

KML 2011_4 (orginal)

Mój stan wojenny

Poznałem wspaniałych ludzi…

 

Stan wojenny jest już dziś w zasadzie przedmiotem badań historyków. Minęło od jego wprowadzenia ponad jedno pokolenie i chociaż czołowe postacie z tamtego okresu nadal odgrywają czasami ważną rolę w życiu publicznym, to jednak tamte spory i podziały są zamknięte. Oczywiście cierpienie tych, którzy stracili wtedy swoich najbliższych oraz wszystkich, bez wyjątku, ofiar jest niewymierne i zawsze musi budzić szacunek, a także stanowić ostrzeżenie przed używaniem siły dla rozwiązywania konfliktów społecznych i politycznych. Jest to jednak odrębne zagadnienie, podobnie jak podstawowe pytanie historyków i części polityków, czy istniała groźba bezpośredniej interwencji sowieckiej, a jeśli nie, to czy było możliwe odzyskanie wolności i niepodległości oraz odbudowanie demokracji już w 1982 roku?

            Spór ten wydaje się nierozstrzygalny, w tym sensie jak inne historyczne polskie spory. O to na przykład, czy miał sens w obliczu reform Aleksandra Wielopolskiego i ustępstw Aleksandra II wybuch Powstania Styczniowego, albo czy potrzebne było Powstanie Warszawskie. Historia w przeciwieństwie do nauk przyrodniczych zdarza się tylko raz i nie da się jej powtórzyć na drodze eksperymentu, a skoro tak, to wielkie dyskusje historyczne, także dyskusja o stanie wojennym jest ipso facto nierozstrzygalna, co nie znaczy, że bezwartościowa i jałowa.

            Dla mnie stan wojenny był – podobnie, jak sądzę, dla ogromnej większości ludzi mocno zaangażowanych w działalność NSZZ „Solidarność” – wielkim zaskoczeniem i przygnębiającym przerwaniem radosnego „karnawału Solidarności”, ze wszystkimi nadziejami i marzeniami z nim związanymi. Prawie rok spędziłem w obozach internowanych, z których wyszedłem do Polski, w niewielkim tylko stopniu przypominającej Polskę sprzed stanu wojennego. To była nowa rzeczywistość. Wyraźnie bowiem zakończył się pewien etap historii i odzyskanie pełnej wolności w roku 1989 nie oznaczało przywrócenia status quo ante wprowadzenia stanu wojennego. Tak jak przekreślenie rozbiorów i odzyskanie niepodległości w roku 1918 nie oznaczało powrotu do sytuacji przedrozbiorowej.

            W przypadku roku 1918 było to o tyle oczywiste, że od trzeciego rozbioru minęły 123 lata; w przypadku roku 1989 minęło zaledwie nieco ponad 7 lat, a jednak NSZZ „Solidarność” nigdy nie odzyskał już dawnego znaczenia i wpływu na sytuację, a wyjątkowa koniunktura, która doprowadziła do przejęcia przez Związek odpowiedzialności za Polskę w efekcie wyborów w 1997 roku, uruchomiła dodatkowo procesy jego dekompozycji i ostatecznej utraty przez „Solidarność” ważnej roli politycznej. Te role ostatecznie rozdzieliły między siebie partie.

Z bratem

Moje rozstanie z „karnawałem Solidarności” oznaczało kolejne już w życiu rozstanie z wolnością. Zostałem internowany przez ekipę prowadzoną przez majora SB Zenona Tabaczkiewicza, który zajmował się z ramienia SB nadzorowaniem Uniwersytetu Łódzkiego. W nocy z 12 na 13 grudnia, obudzony z pierwszego snu, tuż po godzinie 24, zostałem przewieziony na komendę MO Łódź-Polesie na rogu ulic Kopernika i Żeromskiego. To tu, gdzie dwa lata wcześniej zatrzymano mojego brata Marka Niesiołowskiego, i gdzie czekałem, aż go wypuszczą. Teraz zwożono do tej brudnej, okratowanej milicyjnej komory, ze wszystkich stron i okolic, przywódców Związku i działaczy opozycji demokratycznej. Leżeliśmy na materacach na tzw. dołku, wszyscy bardziej zdziwieni i zaskoczeni niż przestraszeni, coraz bardziej przeświadczeni, że dzieje się coś absolutnie nadzwyczajnego, ale przecież przekonani o sile stojącej za nami. Byliśmy niemal pewni, że najpóźniej w poniedziałek fala potężnych strajków uwolni nas wszystkich i doprowadzi komunistyczną władzę do kompromitacji. Pamiętam ludzi zwożonych w garniturach prosto z imprez towarzyskich, a podobno nawet z weselnych przyjęć. I ludzi w piżamach, protestujących w ten sposób przeciwko przemocy – którzy później prosili o swetry, szaliki i skarpetki. Ale także doświadczonych więźniów zaopatrzonych w szczoteczki do zębów i ciepłe rzeczy. Zarówno ja, jak i mój brat – którego przywieziono prawie równocześnie ze mną, a zabrano go z domu naszych rodziców – należeliśmy właśnie do tej ostatniej grupy. Z naszym więziennym doświadczeniem wiedzieliśmy, że jedyne, co ma znaczenie w tej sytuacji to sen i odpoczynek, ale ani odpocząć, ani tym bardziej zasnąć się nie dawało.

            Po kilku godzinach kazano nam wychodzić i wyprowadzono na podwórko, gdzie stało kilka szeregów milicjantów czy zomowców z pałkami i tarczami, i wszyscy pomyśleliśmy o znanych z Radomia „ścieżkach zdrowia”. Oświetlały nas mocne reflektory i wyglądało to groźnie, bo przechodząc do milicyjnej „suki” odruchowo skuliłem się spodziewając uderzenia pałką, ale milicjanci stali bez ruchu. Nikt nas nie uderzył, nikt nie powiedział słowa.

            Wsiedliśmy do suki. Dobrze pamiętam z tamtej chwili Iwonę Śledzińską-Katarasińską. Z Iwoną i jej mężem Jurkiem Katarasińskim współpracowałem w redagowaniu niektórych artykułów w prasie związkowej i generalnie w walce o wolność słowa. Później zaprzyjaźniliśmy się, razem spędzaliśmy wakacje, walczyliśmy w podziemiu, a potem przez wiele kadencji byliśmy razem w Sejmie. Najpierw w różnych, czasami ostro skonfliktowanych stronnictwach, aż wreszcie w jednej partii. Jurek tragicznie zmarł u progu niepodległej, demokratycznej Polski, która powstała także dzięki walce, pracy, odwadze i poświęceniu takich właśnie ludzi jak on.

Sieradz – cela po kryminalnych

Nikt z nas, zamkniętych w blaszanej puszce policyjnej budy, nie wiedział, dokąd jedziemy. Rozmowy w „suce” były kontynuacją rozmów na komendzie, aż zatrzymaliśmy się na dziedzińcu więzienia w Sieradzu i zostaliśmy zaprowadzeni do celi. Zostały one przed chwilą w pośpiechu opuszczone przez kryminalistów, którzy z „platerami” i „samarami” stali na korytarzu na dole. Nie wiem, dokąd i czy w ogóle ich zabrano, być może rozparcelowano tylko po innych celach? Podczas zbiórki na więziennym korytarzu ustawiliśmy się z bratem tak, aby skierowano nas do wspólnej celi, co się też udało. Razem z nami w celi z czterema łóżkami znalazło się jeszcze dwóch działaczy łódzkich komisji zakładowych „Solidarności”. Mnie jako najstarszemu z więziennym stażem, a także członkowi ZR NSZZ „Solidarność” i chyba też najstarszemu wiekiem przypadło łóżko na dole (w więzieniu najwygodniejsze, chociaż to także rzecz dyskusyjna).

            Natychmiast po zajęciu łóżek ustaliliśmy, że ponieważ już najpewniej nic się nie wydarzy, to starajmy się zasnąć i już nie rozmawiajmy. Przez chwilę leżeliśmy z kocami na głowach omiatani przez okna światłem z reflektora umieszczonego na zewnętrznym murze. I tak leżąc wróciłem myślami do „moich” dawnych więzień w Barczewie i na Mokotowie, myśląc jak będzie i co przyniosą najbliższe godziny, bo coś przecież przynieść musiały. Sen jednak nie chciał przyjść – za dużo napięć i nerwów – ale to czekanie na sen nie trwało długo.

            Nie wiem, która była godzina, bo zabrano nam zegarki, ale przez więzienny głośnik, tzw. betoniarę odezwał się donośny i stanowczy głos spikera. Dziś 13 grudnia dzień szczególny, za chwilę przemówi premier, I sekretarz KC PZPR i przewodniczący Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego generał Wojciech Jaruzelski. Generał Jaruzelski odczytał znane dziś doskonale oświadczenie o wprowadzeniu stanu wojennego, ale wtedy, w miarę jak czytał, pamiętam kamienną ciszę bijącą z wszystkich okien, a ja bałem się, że w pewnym momencie powie coś takiego jak Kadar w 1956 roku, że zwrócił się o pomoc do Armii Czerwonej, która właśnie wkroczyła do Polski. Ale tego nie powiedział, a myśmy wyskoczyli z łóżek, rzuciliśmy się sobie na szyje, ciesząc się i powtarzając – a więc nie ma sowieckiej interwencji, to tylko siły krajowe, ZOMO, wojsko i partia, a z nimi przecież łatwo 10-milionowy Związek sobie poradzi. Okrzyki radości wyrażające takie same mniej więcej odczucia dobiegały z innych okien więzienia. Wiedzieliśmy już przynajmniej, co się stało i o co w tym wszystkim szło i byliśmy przekonani, że niedzielę trzeba będzie jeszcze w tym więzieniu przemęczyć, a od poniedziałku zacznie się proces wyzwalania nas i być może całej Polski. Tak wtedy myśleliśmy, chociaż nie było nadal jasne, jak Polska ma się wyrwać spod sowieckiej dominacji i przekreślić przekleństwo Jałty.

            O spaniu nikt już nie myślał, zaczynały się normalne więzienne „nawijki” przez okna, strażnicy nie bardzo w nie ingerowali. Pojawiały się pomysły zbiorowych protestów, wymiana informacji, szukanie znajomych, dowcipy. Wchodziliśmy w rytm więziennego życia, mimo tego, że niewielu z nas dotknęło wcześniej takie doświadczenie, ale ja i mój brat z pewnością byliśmy w absolutnej czołówce pod względem liczby lat spędzonych za kratami. Następnego dnia z celi zabrano jednak Marka, którego zobaczyłem dopiero po wyjściu z obozu w Darłówku pod koniec 1982 roku. Celę „dogęszczono” i na jego miejsce wciśnięto kilku działaczy Solidarności Rolników Indywidualnych i jeszcze jakichś ludzi, których zupełnie już nie pamiętam. Zrobiło się gwarnie. Udało mi się wtedy krzykiem przez okno obalić idiotyczny pomysł jednego z późniejszych działaczy emigracyjnych, aby masowo podpisywać deklaracje lojalności, dzięki temu będziemy wychodzić na wolność i działać w podziemiu. Uznałem ten pomysł za albo bezdennie głupi, albo prowokacyjny. Dziś uważam, że raczej to pierwsze i nikt więcej, przynajmniej w mojej obecności, takich koncepcji nie zgłaszał.

Uwolnienie nie przyszło

Już po kilku dniach stało się jasne, że stan wojenny się udał, przynajmniej w krótkiej perspektywie gen. Jaruzelski wygrał i żadnego większego oporu ani walki o nasze uwolnienie nie będzie. Stopniowo wygasały strajki w kopalniach „Piast” (została piękna piosenka – wyjeżdżajcie już chłopcy od „Piasta”, pora chłopcy opuścić tę dziurę…) i „Ziemowit”, spacyfikowana krwawo została kopalnia „Wujek”, padły stocznie, huty, wielkie zakłady. „Solidarność” okazała się bezradna i bezsilna, zapowiadał się w najlepszym wypadku długi marsz, a najpewniej długa noc i przypominało się znane powiedzenie francuskiego ministra spraw zagranicznych po upadku Powstania Listopadowego – porządek panuje w Warszawie. Zaczynał się okres internowania. Oznaczało to w gruncie rzeczy pobyt w więzieniu o nieco łagodniejszym regulaminie, monotonne odliczanie dni i tylko w przeciwieństwie do więźnia, który ma wyrok i to w jakimś sensie określa czas pobytu, dla nas nieznana była odpowiedź na istotne w niewoli pytanie – jak długo to będzie trwało?

Droga w nieznane

Po kilku dniach strażnicy wywołali mnie na korytarz, oddali zegarek i zaprowadzili do milicyjnej „Nyski”, w której siedział już Jacek Bierezin. Mój kolega z „Ruchu”, potem związany z KOR-em i „Zapisem” poeta i publicysta, bardzo sympatyczny, żywiołowy, ale o poglądach dość dalekich od moich, dających się określić jako katolicko-konserwatywne i prawicowe. Jacek był wtedy klasycznym przedstawicielem nurtu nazywanego wtedy lewicą laicką. Z nurtem tym wtedy prowadziłem dość ostry spór zarówno w czasach opozycji tzw. przedsierpniowej, jak i później, w okresie „karnawału Solidarności”. Niektórzy definiowali ten spór jako konflikt KOR-u z ROPCiO. Ale w obliczu stanu wojennego i wspólnej niewoli dawne spory, konflikty, różnice zdań straciły jakiekolwiek znaczenie, stały się dziwaczne i z oczywistych powodów anachroniczne.

            Jacek mówił, że jedzie z „Lutomierza”, czyli z siedziby łódzkiej SB, ma mokre skarpetki, bo nie zdążyły mu wyschnąć na kaloryferze i nie wie, po co przyjechali po mnie, aby znowu wracać do Łodzi. Powiedział to tak sugestywnie, że od razu uznałem, że jedziemy na Lutomierską i dopiero po godzinie, gdy przez szparę w „Nysce” zobaczyłem drogowskaz do Kalisza, powiedziałem, że jedziemy w przeciwnym kierunku – najpewniej do więzienia w Szczypiornie. Kiedy okazało się jednak, że jedziemy dalej, w „Nysce” zrobiło się przeraźliwie zimno, na dworze było chyba minus 20 stopni Celsjusza, a przy drzwiach auta, którym jechaliśmy śnieg nie topniał. Minęliśmy Poznań, w którym wyjeżdżały właśnie nocne tramwaje, a ja uznałem, że chyba wiozą nas do Wronek, co było złą wiadomością z uwagi na ponurą sławę tamtego więzienia. Minęliśmy jednak Wronki i zaczynałem się bać. W aucie było makabrycznie zimno, powoli czułem jak drętwieją mi nogi.

            Próbowaliśmy z Jackiem ogrzewać się oddechami, chuchając, ale to dawało ciepło tylko na chwilę i zaraz było jeszcze gorzej. Teraz nie mieliśmy już pojęcia, dokąd jedziemy i co z nami będzie. Do Bałtyku pozostawało jeszcze kilka więzień, ale nie miało sensu wieźć nas przez pół Polski do więzienia, skoro przecież daleko prościej byłoby umieścić nas bliżej Łodzi. I dlaczego z Sieradza zabrano tylko Jacka Bierezina i mnie? Ale przede wszystkim było potwornie zimno, to już pięć albo więcej godzin siedzieliśmy w samochodzie, gdzie panował kilkustopniowy mróz i czuliśmy, że powoli zamarzamy. Nie chciało nam się już rozmawiać, wymienialiśmy pojedyncze słowa, a potem tylko z coraz większym strachem obserwowaliśmy czarny pomorski las, sosny i przysypane śniegiem świerki na zasypanych śniegiem, coraz bardziej wąskich i zagubionych drogach Zachodniego Pomorza.

            W pewnym momencie samochód się zatrzymał i ktoś z nas – już nie pamiętam kto pierwszy, ja czy Jacek – powiedział, że jeśli będą nas chcieli rozstrzelać to nie kopiemy grobu. Powiedziałem, że nie mam sił nawet wyjść z auta, a co dopiero kopać grób, a po drugie nie było tam żadnego szpadla, ani jakiejkolwiek łopaty. Ale w lesie, na zupełnym odludziu wyglądało to groźnie. Byłem już jednak tak przemarznięty, że było mi wszystko jedno. Zastanawiałem się tylko, ile jest prawdy w twierdzeniu, że jak człowiek zamarza to jest to coś w rodzaju pięknego snu, nie czuje się zimna i ostatnie chwile stają bardzo przyjemne. Jeszcze wprawdzie do tego stanu nie doszedłem, ale chyba byłem już blisko, bo może ze strachu albo z jakiś innych powodów nie czułem zimna. Eskortujący nas milicjanci najpierw wyjęli jakieś mapy i szukali trasy, a potem otworzyli tylne drzwi „Nyski” i uprzejmie zapytali – czy panowie mają ochotę na chwilę wysiąść? Nie skorzystaliśmy, na wszelki wypadek, z tej propozycji i pojechaliśmy dalej.

W Jaworzu

Za kilkanaście minut samochód podjechał do oświetlonej bramy i podeszli do nas żołnierze. Baliśmy się, że to może być baza sowiecka, zwłaszcza, że tyle ich jest na Pomorzu, ale na czapkach były orzełki i za chwilę stanęliśmy przed jakąś wartownią. Usłyszeliśmy znów: Prosimy wysiadać. Tym razem to był już koniec podróży. Nie miałem sił opuścić auta, straciłem czucie w nogach, ale Jacek podtrzymał mnie za ramiona i nie upadłem, a po kilku metrach mogłem z jego pomocą jakoś iść. Weszliśmy na korytarz długiego dość eleganckiego pawilonu, a żołnierz pokazał nam pokój z dwoma łóżkami i powiedział: To panów pokój. Poszedłem do łazienki, gdzie pod prysznicem stał jakiś mężczyzna w średnim wieku, którego poprosiłem, aby puścił mi ciepłą wodę, bo nie byłem w stanie sam wyczuć temperatury, a on (okazało się za chwilę, że był to pisarz Jacek Bocheński) bardzo zdziwiony zapytał: Skąd pan się tu wziął? Zanim zdążyłem odpowiedzieć przyszedł Jacek Bierezin, z którym się świetnie znali i wszystko wyjaśnił. W dalszym ciągu nie czułem temperatury kąpieli, natomiast coraz mocniej przeszywały ciało rozrywające naczynia igiełki, co wiązało się z odzyskiwaniem czucia. Poszedłem spać pod wszystkim kocami, jakie udało się w pokoju znaleźć.

            Następnego dnia okazało się, że znaleźliśmy się w Jaworzu, gdzie urządzono ośrodek specjalny dla internowanych intelektualistów. Zgromadzono nas na razie kilkunastu. Znaleźli się między innymi: Andrzej Kijowski, Władysław Bartoszewski, Roman Zimand, Andrzej Szczypiorski, Walerian Pańko, Waldemar Kuczyński, Andrzej Bogusławski. Starostą całej grupy został wybrany Władysław Bartoszewski, który dowcipem, inteligencją, pogodą charakteru i temperamentem był niekwestionowanym przywódcą naszego zgromadzenia, i reprezentował nas w rozmowach z kierownictwem ośrodka. Od razu, na samym początku Roman Zimand sformułował teorię o składzie internowanych w tym ośrodku, którzy powinni reprezentować możliwie wszystkie większe ośrodki administracyjne. Warszawa była wyraźnie nadreprezentowana, ale wynikało to z siły tamtejszej opozycji i „Solidarności”. Nie było jasne, kogo reprezentował Bierezin, Warszawę czy Łódź, ja z pewnością byłem przedstawicielem Łodzi. Zgodnie z teorią Zimanda, która po kilku tygodniach zaczęła się sprawdzać, bo dojeżdżali „przedstawiciele” innych miast, ostatni powinien zjawić się pewien młody poeta z Suwałk. Ale nikt stamtąd się nie pojawił.

 

Przedsionek Wolnej Polski

W tym niewątpliwie specjalnym i uprzywilejowanym ośrodku przebywałem do maja, a następnie wszyscy zostaliśmy przewiezieni do ośrodka w Darłówku, skąd wyszedłem na wolność w listopadzie 1982. Okres internowania wspominam jako ważne doświadczenie, choć bez porównania łagodniejsze niż pobyt w więzieniu. Poznałem w tym okresie wielu wspaniałych ludzi, późniejszych posłów, ministrów, senatorów w Wolnej Polsce. Tam zetknąłem się z późniejszym wicemarszałkiem Aleksandrem Małachowskim, pierwszym premierem odzyskanej Niepodległej Tadeuszem Mazowieckim i obecnym prezydentem Bronisławem Komorowskim. Byliśmy pozbawieni wolności, ale pobyt z ludźmi tej klasy poczytuję sobie za zaszczyt, a także wielką przyjemność z uwagi na ich głębokie doświadczenie życiowe i osobistą kulturę.

            Nikt z nas wówczas – o ile dobrze pamiętam – nie potrafił przewidzieć, że po siedmiu latach od naszej wymuszonej niewoli w dalekim ośrodku dla internowanych będziemy mieli już inne doświadczenia związane z własnym niepodległym i demokratycznym państwem.

 Stefan Niesiołowski